Z fotografią zacząłem romansować (podświadomość narzuca erotyczny
kontekst ?) już jako dziecię, które gdzieś w połowie lat
sześćdziesiątych ubiegłego wieku otrzymało (na imieniny
chyba)
aparat marki „Smiena 8". Urządzenie wydawało się mi niezwykle
skomplikowane - pełne tajemniczych dźwigienek, pokręteł i zagadkowych
napisów. Trwało długo, zanim odważyłem się założyć film
(nazywał
się „Fotopan S") i wykonać „pstryk". Czynność
pstrykania
wydawała się mi tak odświętna, że fotografowałem właśnie od święta,
głównie na wczasach. Za światłomierz służyła
kręciołkowa
tabela naświetlań, która umożliwiała osiągnięcie wskaźnika
poprawnych naświetlań najwyżej 50/50.
Dopiero w szkole średniej zapragnąłem zrozumieć jak to się dzieje, że
powstaje coś z niczego, czyli obraz na filmie lub na papierze
fotograficznym. Pierwsze próby wywołania negatywu na talerzu
do
zupy nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Zrozumiałem, że
trzeba sięgnąć po bardziej wyrafinowaną technikę i nabyć koreks. A że,
jak wspomniałem, lubiłem robić coś z niczego (mam na swoim koncie m.
in. radio z pudełka po kremie i gitarę ze sklejki), przerobiłem smienę
na lustrzankę dwuobiektywową z dalmierzem (sic!), a z puszki po kawie
„Inka", żarówki oraz kawałków aparatu
„Druh"
sporządziłem „prawdziwy" powiększalnik. W ogródku
przydomowym zbudowałem zaś przy użyciu desek, młotka i gwoździ prawdziwą
ciemnię . To właśnie tam produkowałem wszystkie możliwe rodzaje
wywoływaczy, utrwalaczy, przerywaczy, wzmacniaczy, osłabiaczy itd.,
itp.Teraz w pełni mogłem oddać się mojej pasji. Naturalnie
„Smiena" przestała już wystarczać, pojawił się więc
„Zenit
E" zakupiony w warszawskim sklepie „Natasza" za zaoszczędzone
ze
skromnego, studenckiego stypendium pieniądze, a nieco
później
(koniec lat siedemdziesiątych), „Practica MTL 3", za
którą
pogoń po sklepach „Foto-optyka" trwała kilka dni, był to
bowiem
towar raczej reglamentowany i bez wiadomości od „tajnego
agenta"
czyli mojego kolegi mieszkająceo w pobliżu sklepu fotograficznego,
niczego bym nie kupił. To był tylko początek procesu (czy raczej manii)
nieustannej wymiany sprzętu - używałem dziesiątek
modeli
aparatów i obiektywów, poświęcałem więcej czasu
na
testowanie aparatury, mniej na fotografowanie.
W latach osiemdziesiątych, jak wielu innych fotoamatorów,
dokumentowałem czas Solidarności i stan wojenny. Nie uszło to uwadze
władzy ludowej, która oprócz paru pał i aresztu,
poczęstowała mnie zarzutem współpracy z radiem
„Wolna
Europa". I trudno się dziwić, widok tak morderczego narzędzia jak
„Fotosnajper" mógł wywołać zimnowojenne
skojarzenia.
Jednak, gdy bliższe oględziny skonfiskowanego sprzętu
„ujawniły"
napis „made in USSR", ograniczono się jedynie do
„udziału w
nielegalnym zgromadzeniu" - i niestety, nie zostałem kombatantem.
Przy końcu lat osiemdziesiątych stałem się członkiem WTF (kto
pamięta co to było?), byłem już jedną nogą w ZPAF-ie
(wystraszyłem się egzaminu), studiowałem w Podyplomowym Studium
Fotografii Technicznej (ale bardzo krótko), zamierzałem
pisać
doktorat z historii fotografii (i na zamiarach się
skończyło).
Jednym słowem, niedokończona symfonia fotograficzna. Pod koniec
ubiegłego wieku wypadek znacznie ograniczył moją aktywność
życiową . Dziś, robię zdjęcia najczęściej z okna mojego
mieszkania. Używam oczywiście aparatów cyfrowych, lecz coraz
częściej powracam do fotografii tzw. analogowej, czyli: stary aparat
„Fed", negatyw czarno-biały, samodzielne
wywoływanie.
Będzie mi miło, jeśli
zerkniecie Państwo
łaskawym lub krytycznym okiem na fotografie zgromadzone w mojej
galeryjce. Chętnie podyskutuję o fotografi, będę wdzięczny za
komentarze.
JerzyMatusiak
Powrót